Maraton przesiadek
Moja trzecia podróż po „hollywoodzkiego uśmiechu" zaczęła się zaskakująco spokojnie, jak na mnie. Minusem było jedynie to, że o tej porze roku nie ma bezpośrednich lotów ze Szkocji, więc zamiast filmu w samolocie miałam własny maraton przesiadek. Wyszłam z domu o 6 rano i do hotelu w Izmirze zameldowałam się dopiero o 22. Ten sam hotel, ta sama ja, tylko trochę bardziej pomięta.
Transport „pierwsza klasa" — ale tylko z lotniska
W drodze czułam już, że coś się zmieniło. Samochód z lotniska był dosłownie „pierwszą klasą" — skórzane siedzenia, klimatyzacja, muzyka, jakbym wykupiła pakiet VIP, a nie trzecią wizytę jako „stały bywalec". Podejrzewam, że wynikało to z tego, że wszyscy inni byli tam po raz pierwszy.
Kierowca jakby żywcem wyjęty z reklamy — otwiera drzwi, wnosi moje i wszystkich innych bagaże do recepcji. Taki transport, przynajmniej z lotniska do hotelu, jest tu standardem, bo w pakietach dla pacjentów zagranicznych VIP transfer jest już częścią marketingowego „all inclusive".
Bo ostatecznie nie chodzi o samochód, ale o jakość pracy dentystycznej. I jak się okazało, te dwie rzeczy niekoniecznie szły w parze.
Hotel – „Nie ma Pani rezerwacji"
W tej chwili marzyłam tylko o tym, żeby skoczyć pod prysznic i odpocząć przed pierwszą wizytą w klinice. Przyszła moja kolej, podałam paszport, a recepcjonista z uśmiechem: „Hej, co Pani tu robi, czy Pani już skończyła?"
Odpowiedziałam: „Tak, ale wróciłam, bo zmagam się z okropnym bólem, więc zobaczymy jak pójdzie moja trzecia wizyta."
Dosłownie minutę później słyszę: „Nie ma Pani rezerwacji."
Zrobiło mi się słabo. „Serio? Żartuje Pan?" wyskoczyło automatycznie. Recepcjonista patrzy w komputer, klika coś, marszczy czoło i powtarza, że wszystko musi być w porządku.
Niespodzianka w pokoju
Otwieram drzwi i… szok. Ogromny pokój z dużym podwójnym łóżkiem, a nie pojedynczym jak poprzednio. Na początku myślałam, że odegrali mi powitalne żarty z całą tą historią o rezerwacji.
Nie analizowałam tego za długo. Jedyne co się liczyło, to że w końcu mogłam wziąć prysznic. I tak nie mogłam spać — stres przed wizytą toczył mnie od środka.
Ranek — ból przypomina, że to nie wakacje
Rano ambitnie wyszłam pobiegać, ale musiałam szybko wracać. Ból zęba przypomniał mi, że to nie all-inclusive holiday, tylko wyprawa zwana „kontynuacja leczenia".
Wizytę miałam o 11:30, więc chciałam się trochę zrelaksować zanim usiądę na fotelu. Zeszłam do recepcji przed 11:00, bo kierowca miał być o 11:00.
Przyjechał… o 11:45. Auto — malutkie, niby na cztery osoby, ale realnie trzy. Poproszono mnie, żebym poczekała na następny kurs.
Wszechświat ma poczucie humoru
I rzeczywiście — niektóre sytuacje zdarzają się dla naszego dobra. Następny kierowca przyjechał z tylko jednym innym pasażerem. Mogłam rozłożyć się na siedzeniu jak królowa, nikt nie wpychał mi łokcia w bok, i pomyślałam: „No dobra, Wszechświecie, widzę że jednak masz poczucie humoru."
Klinika — pełna poczekalnia i oczy pełne strachu
Do kliniki weszłam pewnym krokiem, nie do końca wiedząc, co na mnie czeka. Poczekalnia była pełna, a oczy ludzi krążyły po sobie nawzajem — wszyscy trochę przestraszeni, trochę ciekawi, co ich tu spotka.
💡 Lekcje z trzeciej podróży
- VIP transport z lotniska to marketing — nie oceniaj kliniki po samochodzie, oceniaj ją po tym jak traktują Cię na fotelu
- Zawsze potwierdzaj rezerwację hotelu — na piśmie, z numerem rezerwacji, dzień przed wylotem
- Opóźnienia kierowcy to norma — nie planuj wizyt zbyt ciasno, zawsze miej bufor czasowy
- Pełna poczekalnia to nie zawsze dobry znak — może oznaczać fabrykę, a nie ekskluzywną opiekę
- Ból po poprzednich wizytach to poważna sprawa — jeśli wracasz z bólem, zadaj pytania zanim usiądziesz na fotelu